Sprzedaję nie tylko w stacjonarnych sklepach. Często wyjeżdżamy na handel obwoźny do większych miast w Polsce. Handlujemy zazwyczaj w salach miejskich ośrodków kultury lub w świetlicach osiedlowych. Lubię takie wyjazdy, bo można trochę kraju zwiedzić, liznąć kultury, sztuki (w MOK zazwyczaj są jakieś wystawy), można się opić i dobrze bawić, a przy tym zarobić trochę grosza. Miałem kiedyś zabawną sytuację na takim wyjeździe. Mój współpracownik nie dał rady być od samego początku, więc pierwszy dzień sprzedawałem sam. Wieczorem miał dojechać, a ja za to musiałem wyjechać na pilne spotkanie biznesowe. Umówiliśmy się, że pieniądze z całodziennego handlu zostawię…w fortepianie! On przyjedzie wieczór i je wyciągnie. Tak też zrobiłem, zamknąłem salę (był to MOK) i pojechałem. Co działo się potem wiem z opowieści współpracownika.
Wrócił on około godziny 19, zaparkował pod MOKiem i już wtedy myślał, że umrze na zawał. W budynku świeciło się światło- ktoś ewidentnie tam był, a miało być pusto! Szybko wbiegł do środka, zobaczył, że nasza sala była otwarta. Wpadł z impetem do środka i co zobaczył? Około 50 starszych mężczyzn i kobiet śpiewało na scenie, a jeden z nich grał na fortepianie! Wtedy już kumpel pożegnał się w myślach z kasą. Okazało się, że nikt nie odwołał próby miejscowego chóru- biedny czekał 2 godziny i słuchał piania staruszków. Ciągle miał nadzieję, że może dziadki nie zauważyły pliku banknotów w fortepianie. Na szczęście po próbie wszyscy się szybko rozeszli, a pieniądze były na swoim miejscu. Ale to co przeżył kumpel przez te kilka godzin tak odbiło się na jego psychice, że sam zapisał się do chóru w swoim mieście… Chyba poczuł, że się starzeje….
Mamy klika sklepów, w każdym handluje inny sprzedawca, towar często migruje między sklepami. Jestem człowiekiem, którego prześladuje pech, więc jeśli coś ma się złego przytrafić to wiadomo, że to właśnie mi! Pewnego dnia przyszła młoda kobieta z rodzinką wybierać płaszcz. Zmierzyła chyba wszystkie jakie miałem, gdyż miała chodliwy rozmiar 38. Ale ciągle wydawało się jej, że musi coś jeszcze zmierzyć. W końcu znalazła piękny zielony płaszcz, ubrała go i stwierdziła, że to ten! Ucieszyłem się, bo w tym dniu jeszcze nic nie sprzedałem, a dobra i jedna sztuka sprzedana. Zawsze to więcej niż zero! Kiedy już oczami wyobraźni widziałem banknoty w mojej dłoni usłyszałem przerażające słowa. „Proszę pana, tu w kieszeni płaszcza coś jest!”. Ręce mi opadły. „Nożyczki”- pomyślałem, bo sam kiedyś je znalazłem w innym płaszczu (chyba krawiec się wtedy opił). Podbiegłem do klientki, która usilnie próbowała coś wyciągnąć z kieszeni. To było coś dużego. Po kilku sekundach słyszałem tylko gromki śmiech całej rodzinki, zwłaszcza klientki. Kobieta popłakała się ze śmiechu, zgięta wpół trzymała w ręce zdobycz z kieszeni. Była to pusta butelka Absolwenta 0,25 l. Moje myśli przestały istnieć, miałem tylko pustkę w głowie i buraka na twarzy. „To nie moje!”- próbowałem się bronić, bo faktycznie butelka nie była moja! „Jasne… teraz się tak pracuje co? Hahaha”- klientka dalej się ze mnie nabijała. Zacząłem się tłumaczyć, że to pewnie inny kolega (wiem dobrze który to pijak), w innym sklepie musiał to wepchać do kieszeni i zapomniał. Ale i tak byłem na straconej pozycji, nikt mi nie wierzył! Kobieta cały czas się śmiała, i zażądała żebym jej opuścił cenę płaszcza na flaszkę! Co miałem robić? Opuściłem jej dyszkę, niech sobie kupi ćwiartkę. W myślach modliłem się, żeby już sobie poszła. Na odchodnym rzuciła: „Jeszcze tu przyprowadzę koleżanki, powiem, że dają gratisy do kieszeni! Hahaha”. Czułem się jak szmata, nikt w życiu się tak ze mnie nie śmiał! Wieczorem, żeby uspokoić nerwy musiałem sobie wypić … Absolwenta!
Kiedyś miałem przyuczyć nową sprzedawczynię do pracy w naszym sklepie. Zaczęliśmy razem handlować, był spory ruch, więc poprosiłem ją, żeby doradziła pewnej pani, która od dłuższego czasu stała przed lustrem i przymierzała różne fasony płaszczy. Po dłuższej chwili zauważyłem, że obydwie kobiety żywo ze sobą rozmawiają. Pomyślałem, że to dobrze, znalazły wspólny język, na pewno się dogadają. Ale przez 15 minut, kobieta stała w tym samym płaszczu i wyglądała na niezdecydowaną. Postanowiłem interweniować. Klientka od razu zapytała: „Czy ten płaszcz nie jest zbyt ciasny?”. Spojrzałem, faktycznie trochę ciasny. Byłbym głupi, gdybym jej to powiedział. „Nie, myślę że nie jest ciasny. Poza tym jest ocieplany, więc nie musi Pani dużo ubierać pod niego”- poradziłem. Kobieta się ożywiła: „Faktycznie ocieplany, więc wezmę go, na cienką bluzkę jest dobry!”. Byłem zadowolony, gdy nagle usłyszałem od nowej sprzedawczyni: „Zanim Pani kupi proszę sobie dokładnie obejrzeć, czy wszystko w porządku!”. Myślałem, że mnie krew zaleje. Kobieta zaczęła oglądać płaszcz z każdej strony- towar był porządny, nie miał wad, ale słowa nowej zasiały wątpliwość w klientce. W końcu kobieta zapłaciła za płaszcz, spakowaliśmy go. Podziękowałem serdecznie, życzyłem miłego dnia. Nowa też była miła, ale nie spodziewałem się takich słów na koniec! „No widzi Pani, kupiła sobie Pani płaszcz i musi się teraz Pani odchudzać!”- i zaśmiała się perliście, klientka też się roześmiała, ale z widocznym przymusem i szybko wybiegła ze sklepu. Po tym incydencie zaczęliśmy szukać nowej sprzedawczyni- ta w zupełności się nie nadawała. Była zbyt gadatliwa i szczera do bólu…




